39     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : Żywoty nie-świętych - Imperator






Dawno, dawno temu w odległej Galaktyce... Tak zaczyna się najsławniejsza saga o walce dobra ze złem. Jak w każdej tego typu baśni, tak i tu mamy do czynienia z mrokiem, który ostatecznie ulega jasności, lecz czy to stereotypowe widzenie odpowiada prawdzie? Odpowiedzieć na to pytanie każdy musi znaleźć sam. Przez kilka ostatnich miesięcy mieliśmy okazje prześledzić losy białych charakterów. Teraz przyszedł czas na ich oponentów. Zacznijmy jednak od samego początku, od źródła zła – Imperatora Palpatine’a.



Charakterystyka postaci:
Rodzinna planeta - Naboo (?)
Rasa - Człowiek
Wiek - Brak danych
Wzrost - 173 centymetry
Ulubiona broń - Błyskawica Mocy (choć nieźle włada też świetlnym mieczem)
Ulubiony pojazd - Tydirium

PRZED NOWĄ NADZIEJĄ
Dokładnie nie wiadomo skąd wziął się Palpatine. Historia nie zapamiętała nawet jego imienia, które pojawiało się rzadko w całym cyklu lub nawet w ogóle się w nim nie pojawiło. Nikt nie jest pewny, co do planety, z której się wywodzi. Część uważa, ze pochodzi on z Wygwizdowa Dolnego Jądra Galaktyki – nic nie znaczącej planetki Naboo, ponieważ reprezentował on ją w Galaktycznym Senacie. Mnie to jednak nie przekonuje, zwłaszcza, że w chaosie, w jakim znalazła się Republika w tym okresie mógł on przybyć skądkolwiek i podszyć się pod kogokolwiek. Niemniej jednak dostał się do Senatu właśnie z ramienia tegoż światka. Nie bardzo wiadomo właściwie, czym się odznaczał, jednak grube ryby Senatu uważały go za człowieka wątłego umysłowo i powolnego ich podszeptom.
Szansa do wybicia się spośród rzeszy nic nie znaczących senatorów pojawiła się z chwilą, gdy Senat uchwalił Ustawę o Opodatkowaniu Szlaków Handlowych, która biła po kieszeniach takich monopolistów jak Federacja Handlowa i podobne organizacje, a pośrednio także firmy z nimi powiązane: Klan Bankowy zwiadujący finansami tych firm czy Ligę Technokratyczną specjalizującą się w produkcji droidów – tanich pracowników i jeszcze tańszych, choć niewątpliwie kiepskich żołnierzy. Jako że kochali oni bardziej republikańskie pieniądze niż republikańskich polityków, niedziwota, że wcześniej czy później ktoś chwyci za broń: albo kapitaliści, pod hasłem „Ręce precz od naszych pieniędzy!” albo Republika bądź kilka jej planet z krzykiem „Dura lex sed lex!”

Wczesna wersja Imperatora – Cos Dashit: skrzyżowanie Nazgula z Protossem ;)


I tu właśnie objawiły się tak niedoceniane w Senacie talenty naszego kochanego senatora: otóż był on całkiem potężnym Jedi/Sithem, zdolnym ukrywać się pod nosem całej Rady Jedi, a nawet owinąć ich wokół palca i skutecznie skłonić ich do ganiania po Galaktyce za cieniem nie wiadomo czego. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Talent Palpatine’a do władania Mocą jest owiany tajemnicą jeszcze większą niż jego pochodzenie. Nie wiadomo czy był on kiedykolwiek w Zakonie, choć wydaje się to logiczne, bo skąd on niby umiałby władać Mocą i wiedział gdzie szukać informacji o Sithach? A Przecież z tego, co o tym aspekcie wiedziano to Jego Imperatorskość odwiedził Korriban i miał zaszczyt studiować wiele holocronów o jednej jak i drugiej stronie Mocy. Poza tym, jak uprzejmie wyjaśnił Bevelowi Lemeliskowi zanim go zgładził po raz kolejny, jeden z Jedi przed śmiercią zdradził mu sekret przenoszenia esencji istoty do innego ciała. I tutaj pojawia się pytanie: kiedy to było? Większość ludzi sądzi, że w czasie czystek Jedi, lecz równie dobrze mogło to się wydarzyć nieco wcześniej. Ile? Tego jeszcze nie wyjaśniono. Nie wiadomo też, kiedy został Sithem. Bowiem od ostatniej większej wojny kilkaset lat wcześniej, nie dość, ze Sithów było dwóch (mistrz i uczeń, żeby nie walczyli o władzę) to jeszcze przebywali w głębokiej konspiracji. Nawet bym się nie zdziwił, gdyby to Palpatine był tym mistrzem, który przeżył pogrom Sithów.
Drugim z jego talentów, również powiązanym z Mocą był talent do polityki, który graniczył z jasnowidztwem. Sprowadzał się on do tego, ze był w stanie przewidzieć ruchy przeciwnika do 5 naprzód i dostosować do tego swoją strategię. Tak, zgadza się, ze Moc miała tu dominujące znaczenie, ale musiał to jeszcze zastosować w rzeczywistości, np.: przewidział wybuch wojny, ale tak pokierował Nemoidianami, a potem separatystami z jednej (jako Darth Sidious), a z drugiej Republiką i Senatem (jaką najpierw senator, potem Wielki Kanclerz, Prezydent i Jego Imperatorska Mość na końcu), że nagle jego przeciwnicy budzący się któregoś dnia, stwierdzali, ze nie mają nic do gadania (jeśli oczywiście nie powykańczali się wzajemnie). Tylko dzięki osobistemu zaangażowaniu się Palpatine’a Federacja zablokowała Naboo, rozpoczynając serię wydarzeń, które z rozlazłego ultra demokratycznego państwa opiekuńczego uczyniły niemal wzorcowy przykład państwa totalnego.
Ale wróćmy do biografii naszego bohatera. W czasie kryzysu na Naboo ulubioną postacią polityków, mediów, a co za tym idzie i obywateli była królowa Amidala. W jej cieniu usytuował się właśnie Palpatine szepcząc, co ma robić. I królowa to zrobiła. Zgłosiła votum nieufności wobec Valoruma, którego krewni zaplątali się jeszcze w jakąś aferę korupcyjną na Eridani, po czym zaproponowała na jego miejsce właśnie senatora Naboo. Po czym poleciała na ojczystą planetę machać szabelką. Tymczasem Palpatine działał. Obiecał politykom stabilizację i wpływ na władzę, a obywatelom spokój i umocnił swą pozycję. Tyle wiemy przynajmniej z „Mrocznego Widma”.
Co się działo z naszym dziarskim senatorem pomiędzy Epizodem I a II, można się tylko domyślać. Większość książek skupia się na przygodach dorastającego Anakina, ale mam nadzieję, że niedługo powstaną takie, które chociażby fragmentarycznie o tym wspomną. Można się domyślać, że był to okres bardzo ciężkiej i nudnej pracy: trzeba było sobie znaleźć nowego ucznia (hrabia Dooku), pogadać trochę o stabilizacji jako kanclerz, popodjudzać trochę separatystów różnej maści jako Darth Sidious, a w międzyczasie rozejrzeć się za możliwością szybkiego i w miarę łatwego sformowania armii. Oczywiście takiej, którą teoretycznie powinna używać Republika, bo przecież separatyści mają własną – armię droidów. W tym celu też wysłał mistrza Jedi Sifo-Dyasa na Kamino. Jego, albo kogoś, kto go tylko udawał. Po czym tenże mistrz umarł sam, albo z pomocą ukręcając łeb potencjalnemu śledztwu. Zastanawiający jest fakt współpracy Palpatine z Kamino: wygląda na to bowiem, ze mógł korzystać wcześniej z ich usług, do czego wrócę później.
I tak znajdujemy się na początku Epizodu II. Niewiele Palpatine działa. Dowiadujemy się, że Jedi trafiają jednak na ślad tej armii hipotetycznie republikańskiej. Przy czym senator Amidala (nie ma jak przysługa za przysługę, co?) teraz stanowi przeszkodę dla dalszych planów naszego senatora. Żywa. Za to martwa nada się znakomicie. Jako, że zamachy się nie powiodły wykorzystuje się je, a nie zwłoki królowej, aby jeszcze podgrzać atmosferę. Tutaj Palpatine zmienia postawę z ugodowca kreując się na człowieka, który za wszelką cenę utrzyma pokój i spokój. Po otrzymaniu informacji, że na Geonosis potajemnie buduje się droidy i to także dla Federacji Handlowej, której ponownego uzbrojenia panicznie się bano, atmosfera staje się, co najmniej napięta, żeby nie powiedzieć paranoiczna. Jednak chwilę potem dowiadujemy się, że gdzieś tam nagle pojawia się 200.000 w pełni wyekwipowanych żołnierzy z bronią ciężką, ze statkami, które mogą ich przewieść w dowolne miejsce Galaktyki. Uradowani i wdzięczni obywatele, senatorowie i w ogóle wszyscy ludzie i nie-ludzie dobrej woli, się cieszą, a na fali ogólnego entuzjazmu poseł „kuszący intelektem” (Jar Jar Binks) zgłasza wniosek o przyznaniu kanclerzowi nadzwyczajnych pełnomocnictw, na co wszyscy się zgadzają. I nawet mu wierzą, że odda je po uspokojeniu Galaktyki (co jak wiemy nigdy nie nastąpiło: i jedno i drugie). Nic dodać, nic ująć. Jest to majstersztyk sztuki politycznej.
Co dalej się działo, opisuje jedno słowo: wojna, totalna, całkowita, każdy z każdym. W wyniku tych konfliktów całkowitej przemianie uległ obraz Galaktyki. A ich imię: Wojny Klonów! Niewiele o niej wiadomo, oprócz tego, że w jej wyniku wyginęli Rycerze Jedi, kilka planet wysadzono, zginęło całe mrowie ludzi, w jej wyniku zawaliła się Republika a powstało Imperium. George Lucas zamierza to wszystko przedstawić w dwugodzinnym filmie i dwudziestu pięciominutowych kreskówkach - jestem pod wrażeniem. Ale wróćmy do Palpatine’a. W trakcie Wojen Klonów przejął całkowitą władzę nad Galaktyką przy okazji zdobywając prawie całkowity monopol na władanie Mocą.

PIERWSZA TRYLOGIA
I tak oto dochodzimy do początku filmu pod tytułem „Nowa nadzieja”. Nasz ulubiony senator, teraz już Jego Imperatorskość, spokojnie rządzi z Coruscant każdym Wygwizdowem Mniejszym w Galaktyce. Tu i ówdzie ktoś napomyka o jakichś tam prawach, czy demokracji, ale takim indywiduom ostrość myślenia przywracają źli chłopcy w białych pancerzykach, ręcznie, tudzież przez stosowną manifestację siły wykonaną za pomocą jednego bądź kilku Niszczycieli Gwiezdnych klasy Imperial. Wydawałoby się, że Palpatine siedzi sobie na tronie i popadł w samozadowolenie, a tu mu grunt pod nogami płonie, bo wielkie senatorskie szychy, jak Mon Monthma z Chandrili, Garm Bel Iblis z Corelli czy Leia Organa (wykonująca polecenia Baila Organy, który przeszedł już na emeryturę) z Alderaanu, ryli mu jak mogli w Senacie, najpierw republikańskim, a potem imperialnym, aż stwierdził, że lepiej będzie się mu żyło bez nich, co niejako było błędem, gdyż rozganiając Senat pozbawił się kontroli nad tymi ludźmi (zabawne, ale początkowo obcy nie protestowali przeciwko dyskryminacji), jednocześnie rozwiązując im ręce, ponieważ pozbawił ich chociażby iluzorycznego wpływu na podejmowane decyzje, a jak wiadomo nie ma nic gorszego jak człowiek przyparty do muru. Należy mu przyznać, że bardzo szybko zauważył i starał się naprawić swój błąd. Początkowo robił to w zwykły, imperatorski sposób, tzn. tępiąc Rebelię tam, gdzie ją tylko mógł dostrzec. I tak Wojny Klonów niepostrzeżenie przeszły w Galaktyczną Wojnę Domową. Kiedy zaczęła się jedna, a skończyła druga? Pozostawmy to historykom Nowej Republiki, jeśli jacyś jeszcze zostaną, ale to inna bajka. Wracając do Imperatora. Zarówno w jednej, jak i drugiej wojence nieocenione zasługi oddał mu pewien młody padawan, który trafił do Zakonu za późno, ponieważ zdążył już nauczyć się, co to gniew i cierpienie.

Jeszcze skromny senator, ale już niedługo…


Potem przeszedł na Ciemną Stronę Mocy, ale pokonać swego ex-mistrza nie podołał (czyżby skrupuły?) za co zapłacił wysoko cenę wpadając do jeziorka lawy. I tak oto narodził się Darth Vader, który latał w wielkim statku tępiąc Jedi po Galaktyce, a potem w jeszcze większych – Rebeliantów. Tymczasem Imperator ze smutkiem stwierdził, że jego działania nie przynoszą większych skutków, a partyzanci nic tylko mnożą się i mnożą. Tak więc równocześnie z gaszeniem coraz to nowych powstań na coraz to nowych planetach nasz Palpatine wdrożył nowy program mający za zadanie zlokalizować i zniszczyć główną bazę Rebelii, której między nami mówiąc nie było. Były za to bazy, gdzie zbierali się rebelianccy przywódcy. I tak misję tą powierzono wielkiemu moffowi Tarkinowi. Jako, że słusznie niedowierzał lojalności co potężniejszych członków, hmmm, Nowego Ładu, dlatego też przydzielił mu swego najbardziej zaufanego człowieka: właśnie Dartha Vadera. W tym celu też wielki moff postanowił zbudować sobie stację bojową o mocy kilkunastu większych okrętów i wielkim laserze mogącym niszczyć planety. Było to rozwiązanie o tyle niepraktyczne, że stacji nie można było podzielić do wykonywania wielu różnych zadań, a jej utrata powodowała znaczący ubytek siły ognia we flocie, że nie wspomnę o stratach w morale, kredytach i surowcach. Oczywiście projekt był tajny, ale nie tak tajny jak chciałby Imperator. Rebelianci dowiedzieli się o nim z różnych źródeł, m. in.: przechwycili część rdzenia superlasera z krążownika, który rozbił się na Tatooine, a księżniczka Leia odebrała plany całej stacji z Toprawy mając je przekazać rebelianckim dowódcom w bazie na księżycu Yavin IV. W międzyczasie zaopiekował się nią Vader. Jak to się skończyło wszyscy wiemy: stacja bojowa została zniszczona, Tarkin zabity, a Vader przeżył chyba tylko dzięki interwencji Mocy. Imperator oczywiście się tym nie przejął: no bo co to za strata? Miliard kredytów w tę czy w tę, a szturmowcy to przecież „surowiec odnawialny”, nie? Ale, jako że Imperator miał słabość do wielkich superbroni zabrał sobie Lemeliska, który zaprojektował Gwiazdę Śmierci na Coruscant i nakazał budowę większej stacji, przy czym ta musiała być większa, potężniejsza i opancerzona na wywietrzniku głównego reaktora, po uprzednim pouczeniu, że nie będzie tolerował kolejnych niepowodzeń. Pouczenie to obejmowało kilka bolesnych śmierci typu utopienie w płynnej miedzi, zeżarcie przez piranio żuki, czy najbardziej humanitarna, przy pomocy błyskawicy Ciemnej Strony. Oczywiście za każdym razem Palpatine przenosił esencję inżyniera do nowego, sklonowanego ciała. Tak skarcony Lemelisk był odtąd lojalnym poddanym Imperatora. I wykonywał każdy jego rozkaz. Poleciał zatem na Endor budować Gwiazdę Śmierci II. Skąd jednak Imperator miał technologię do klonowania? Może współpraca z klonerami z Kamino nie urwała się po zakończeniu Wojen Klonów?
Tymczasem Vader, który znalazł się gdzieś w systemie Yavina, dostał SSD „Egzekutor” i kilka mniejszych statków i z uporem godnym lepszej sprawy starał się wywąchać nową kwaterę główną Rebelii, ponieważ pomimo blokady księżyca, Rebeliantom jakoś udało się ewakuować bazę (oczywiście tu znów odznaczył się Luke Skywalker, którego Lord Sith upatrzył sobie jako cel nr 2) i na własne nieszczęście postanowili założyć kwaterę główną na planecie Hoth. Jak można się domyślić Vader rychło się dowiedział się gdzie i postanowił wybrać się na „parapetówę” z kolegami. W rezultacie Rebeliantów znów rozgoniono, ale nie zniszczono. Poza tym do planów Palpatine’a wkradł się nieprzewidziany czynnik: młody, samozwańczy Jedi, którego istnienia podejrzewał po bitwie o Yavin, a ostatecznie przekonał się, gdy Vader zameldował o zdarzeniach w Mieście w Chmurach. Jako, że Imperator nie mógł tolerować istnienia kogokolwiek silnego Mocą w obozie przeciwnika, dlatego postanowił albo go przeciągnąć na swoją stronę, albo zniszczyć.
W międzyczasie, gdy budowała się Gwiazda Śmierci II, Rebelianci rośli w siłę gdzieniegdzie nękani przez imperialne grupy bojowe dowodzone przez Vadera, Imperator musiał się zająć się ludźmi ze swojego otoczenia, którzy nagle stwierdzili, ze będą lepiej sobie radzili niż on. No cóż, jest to zwykła kolej rzeczy w tak świeżym systemie politycznym, bo ile mogło wtedy mieć Imperium latek: 5? 10? Nie więcej. W takiej sytuacji nowa władza jest dosyć świeża, nieokrzepła i podatna na gwałtowne zmiany o charakterze rewolucyjnym. I faktycznie, potężni z ówczesnych jak przywódca mafii (Czarnego Słońca) Książe Xizor i wojska Wielki Admirał Zaarin połakomili się na imperialny tron. Jednak z miernym skutkiem. Cappo di tutti cappi został zlikwidowany przez Dartha Vadera, a wojskowy przez innego wojskowego i to w dodatku nieczłowieka – pułkownika Thrawna, który w podzięce został nominowany na stanowisko denata (oj, blisko musiał być ten Zaarin, bardzo blisko). Korzystając z okazji chciałbym skomentować politykę Imperatora dyskryminującą obcych i kobiety. Większość widzi tu objaw szaleństwa i nienawiści. Zwróćmy jednak uwagę na wyżej przytoczony fakt: Imperium dopiero powstawało, czy warto było likwidować wątpliwą jedność nowego państwa poprzez osadzanie na wysokich stanowiskach istot nie tylko posługujących się innym systemem wartości, ale nawet zupełnie przez innych zupełnie nie rozumiejących się wzajemnie, nie tylko na poziomie mentalnym, ale nawet na poziomie zaspokajania zwykłych potrzeb biologicznych. Dlatego też bazował na gatunku, który rozumiał najlepiej – na ludziach, a tylko wyjątkowo zasłużonych obcych dopuszczał do szczytów hierarchii władzy. A co do kobiet, na cóż, przecież długo miał okazję obserwować królową, a potem senator Amidalę i wiedział, do czego zdolna jest charyzmatyczna kobieta w polityce: zechce pokoju i współistnienia, tam gdzie jedynym sposobem utrzymania pokoju i współistnienia jest ściśnięcie za gardło Wysokich Nienawidzących się Stron. No cóż, nie pomylił się zbytnio, bowiem sercem Rebelii dążącej do wskrzeszenia tak żałośnie nieskutecznej Republiki były właśnie kobiety: Leia Organa i Mon Monthma („najpierw być, a potem jak być” skąd my to znamy?).

Imperator w pełnej krasie


No, ale wróćmy do głównego wątku. Imperatorowi udało się przetrzymać ten trudny okres, lecz na horyzoncie pojawił się najpotężniejszy pretendent do władzy: Rebelia. W rzeczywistości Imperator nigdy nie stracił jej z oka. W tym celu od dłuższego czasu organizował pułapkę na Totalnym Wygwizdowie Galaktyki: w systemie Endor. Budowano tam bowiem Gwiazdę Śmierci II: przynętę, na którą złapać się muszą główne siły Rebelii. I tak dochodzimy do bitwy pod Endorem. Można powiedzieć, ze był to majstersztyk myśli Imperatora. Przy czym popełnił tu równocześnie najgłupsze błędy: sam wystawił się w przynęcie, mniemając, że Rebelianci nigdy nie sforsują tarczy i umieścił Wielkich Admirałów na stacji, zamiast tam gdzie mogli się przydać, czyli dowodząc Flotą. Jak to się skończyło wiemy: Imperator zginął, Admirałowie zginęli, kadra oficerska i podoficerska zdziesiątkowane, Gwiazda Śmierci zniszczona, Egzekutor zniszczony, wiele innych statków zniszczonych lub zdobytych, jednym słowem klapa. Przy czym sam Imperator został zdradzony przez swojego ucznia, w którym więzy krwi przeważyły nad więzami lojalności.

CO POTEM?
Czy aby jednak na pewno Imperator zginął? Otóż nie. Jego duch błąkał się po Galaktyce, aż dotarł do świata cytadeli w Głębokim Jądrze Galaktyki, Byss, gdzie wniknął w jednego ze swoich licznych klonów, by zacząć żyć na nowo. Przy czym cała galaktyka była przekonana, że nie żyje. Nie wiadomo przy tym, kiedy wpadł na pomysł przygotowania sobie kryjówki. Wiemy jednak, ze przygotował ją na tyle dobrze, ze miał do dyspozycji olbrzymi kompleks przemysłowy i ogromne zasoby. Piecze nad tym skarbem sprawowała garstka na wpół wyszkolonych Sithów. Przy czym od razu zaczął organizować nowe siły mające znów podporządkować mu Galaktykę – jak Armia Klonów. Zdobywał je w przeróżny sposób: trochę okrętów zbudował, kilka porwali jego ludzie (jak niewykończonego SSD klasy Eclipse z Kuat przed opanowaniem stoczni przez Nową Republikę). Wdrażał on w produkcji nowe typy broni jak Niszczyciele Światów mające zastosowanie podobne jak Gwiazda Śmierci, tyle, że niszczony świat zamieniały w tony broni, SSD klasy Sovereign, uboższą wersję Eclipse i wiele, wiele innych. Tymczasem kolejni watażkowie byli pokonywani przez Republikę, a w ogólnym chaosie nikt nie zwracał uwagi na niedostępne rejony Galaktyki, gdzie gromadziły się siły lojalne Imperatorowi.
Palpatine gotowy był do akcji równocześnie z pojawieniem się Wielkiego Admirała Thrawna. Jednak wiedząc, co potrafi ten Chiss, postanowił chwilkę poczekać. Dopiero po jego śmierci pojawił się w Galaktyce. Tymczasem różni moffowie postanowili zniszczyć Republikę sami i zmówiwszy się dokonali zmasowanego ataku na Coruscant. Zgromadzili przy tym wystarczająco dużą siłę ognia, że flota broniąca planety została zdmuchnięta jak pyłek. Również systemy obronne stolicy nie wytrzymały długo pod skomasowanym ostrzałem. Jednak po tym zwycięstwie znów watażki postimperialne wzięły się za łby tym razem na terenie wysoce zurbanizowanym. Przegrupowane siły Nowej Republiki wysyłają mały zespół uderzeniowy w skład, którego wchodził jeden z dwóch zdobycznych SD klasy Imperial – Liberator. Flotyllą ta dowodził gen. Luke Skywalker. Misja nie zakończyła się pomyślnie. Właściwie zakończyła się fatalnie. Liberator został zestrzelony i lądował awaryjnie (!?) na powierzchni. Ci, którzy walczyli na Coruscant od dłuższego czasu natychmiast rzucili się na rozbitków i rychło posiekaliby ich na plasterki, ale... właśnie wtedy zaczęła się wielka burza Mocy, która porwała Luke’a na statek więzienny Jego Imperatorskości, bo cierpiał on na deficyt odpowiednio utalentowanych Jedi, którzy mogliby stać się jego prawą ręką. Nie mógł bowiem zaufać nikomu ze swojego otoczenia, natomiast Luke chętnie zgodziłby się za odpowiednią cenę, np.: życia siostry, przyjaciół i takich tam. Oczywiście Luke się zgodził, w imię pokonania Ciemnej Strony od wewnątrz, a może żeby się przekonać, czym ona właściwie jest. W międzyczasie spora flota wojenna wzmocniona Niszczycielami Światów (projekt asystenta Lemeliska Umaka Letha) zaatakował Mon Calamari. Jako, że pokonanie tych monstrów nie było rzeczą łatwą, jeśli w ogóle wykonalną dlatego też ewakuowano Kalamarian do Da Sochaa, wodny świat uznany przez Huttów za święty, co jest o tyle dziwne, ze wiedzą, z czego się składa, ale nie eksploatują go w sposób skrajnie rabunkowy. Na V Księżycu, o nazwie kodowej Iglica, umieszczono Naczelne Dowództwo i Rząd Nowej Republiki. W międzyczasie przy współpracy z zakładami zbrojeniowymi na Balmorrze, które dopiero, co odparły szturm jednego z pseudo-Sithów za pomocą pojazdów bojowych Viper Automadon i kolegami przemytnikami Hana Solo dokonano błyskawicznego ataku na Byss. Zakończyłby się on sukcesem gdyby nie sympatyczne zwierzaczki, które żywiły się metalem. Vipery zostały skonsumowane, a resztki komandosów uciekły. Przy okazji, Luke przekazał Republice kody sterowania do Niszczycieli na Mon Calamari, gdyż zmasakrowały one flotę Nowej Republiki konsumując m. in. drugi SD klasy Imperial – Emancypatora i szereg innych jednostek. Pomimo jednak zdalnego wyłączenia, załogom udało się odpalić fabryki i walka rozgorzała na nowo. Tymczasem Imperator się wściekł. Wziął Eclipse i udał się na Da Sochę chcąc podyskutować na temat bezwarunkowej kapitulacji tego, co zostało z Republiki. I tutaj popełnił poważny błąd zabierając ze sobą Luke’a. Luke z Leią namieszali trochę w planach Imperatora pozbawiając go kontroli na burzą Mocy, którą wywołał. Burza anihilowała i Palpatine’a i Eclipse’a, jednak naszemu bohaterskiemu rodzeństwu udało się uciec. Po raz kolejny Imperator powrócił na Byss i wcielił się w ostatniego ze swoich klonów, ponieważ jego niedouczeni, acz ambitni uczniowie zniszczyli pozostałe egzemplarze. Przy czym ten ostatni posiadał uszkodzony kod genetyczny. Palpatine prawdopodobnie był wtedy cieniem dawnego siebie, ponieważ klonie szaleństwo poczyniło ogromne spustoszenia w jego umyśle, dlatego nie myślał już tak sprawnie jak dawniej. Obsesyjnie też usiłował znaleźć nowego nosiciela, najlepiej dziecka, które byłoby silne Mocą. Tak zresztą doradziły mu duchy zmarłych lordów Sith z Korriban. Idealnym kandydatem wydawał się syn Lei, który miał się dopiero narodzić. Tego też dowiedział się od zjaw, które w dodatku były tak uprzejme, aby poinformować się, gdzie Leia się aktualnie znajduje. W międzyczasie Umak Leth skończył budować mu kolejną superbroń: Galaktyczne Działo, które strzelało ogromnymi pociskami latającymi przez nadprzestrzeń. I tak zakończyło się istnienie Iglicy, jednak wcześniej ewakuowano z niej rząd Republiki, a wiele planet uznało zwierzchnictwo Imperium. Kulminacyjnym momentem tej historii było spotkanie na bliźniaku Eclipse, na orbicie Onderona, gdzie przebywała Leia i towarzystwo. Luke i Lando dokonali abordażu ogromnego statku, lecz w międzyczasie Palpatine odleciał na powierzchnię. Dzielnym Rebeliantom udało się załadować do automatycznego systemu nawigacyjnego koordynaty Byss, a ściślej ujmując, miejsca na orbicie, gdzie znajdowało się Galaktyczne Działo, wysyłając setki tysięcy ludzi na śmierć. Na powierzchni Palpatine dowlókł się jakoś do Leii i zażądał od niej, aby umożliwiła mu wniknięcie w ciało nienarodzonego jeszcze dziecka. Wtedy to Imperator został zabity przez Hana Solo (odważnym i honorowym strzałem w plecy) w trakcie „transferu” do ciała Anakina. Na jego nieszczęście po drodze napatoczył się umierający rycerz Jedi (miał spotkanie z Darthem Vaderem a co za tym idzie więcej wspólnego z Robocopem niż z człowiekiem) Empatojayos Brand, którego Solo wyciągnął z jakiejś dziury odciętej od reszty Galaktyki. W międzyczasie nasi bezpiecznie opuścili statek a po drodze wysłali go na Byss takim kursem, że po wyjściu z nadprzestrzeni zderzył się z Galaktycznym Superdziałem, które wystrzeliło samoczynnie w Byss, niszcząc ją zupełnie. Tak zginął Imperator. Chyba, gdyż znając jego manię prześladowczą nie zdziwiłbym się, gdyby ukrył gdzieś kolejny cylinder klonujący Spaarti, ale tego tematu nigdzie nie poruszono. Jeszcze.

„(...) Car dziwi się, ze strachu drżą petersburżany, car gniewa się, ze strachu mrą jego dworzany(...)”


Z POWROTEM NA ZIEMIĘ
Ludzi, którzy po przeczytaniu powyższego tekstu zwątpili w zdrowie psychiczne autora, śpieszę poinformować, że twardo jeszcze stoję na ziemi i nie zanosi się, abym szybko odleciał, ale do rzeczy. Od strony technicznej w postać Palpatine’a wcielił się aktor zwący się Ian McDiarmid, na co dzień udzielający się w teatrze i telewizji. Piastuje on stanowisko dyrektora pewnego teatru z północnego Londynu. Zagrał rolę Imperatora zarówno w Epizodzie VI, jak i w nowej trylogii (I - III). Aczkolwiek spostrzeżony zostanie jego brak w Epizodzie V, gdzie, choć na krótko pojawiła się postać Jego Imperatorskości. Otóż była to przemyślnie ucharakteryzowana... starsza pani, na której obraz później nałożono oczy szympansa. Czego się nie robi dla sztuki? Przy czym głos Palpatine’owi podkładał Clive Revill.
Również w trakcie tworzenia scenariusza nie od razu pojawił się garbaty dziadek z syczącym głosem i wyglądem rozkładającego się trupa. Początkowo nie nazywał się on nawet Palpatinem. Był za to zły Cos Dashit, który co ciekawe za stolicę obrał sobie Alderaan. Projekt ten stopniowo ewoluował, aż wydał na światło dzienne znane nam phisis i psyche dziadka władającego Galaktyką jak ujmujące połączenie Stalina, Hitlera i czarownika voodoo.
Mam nadzieję, że powyższy tekst przybliżył Szanownym Czytelnikom tą postać kontrowersyjną, aczkolwiek kształtującą co najmniej dwa pokolenia w odległej Galaktyce, dawno, dawno temu…

PS. Cytat pod screenem nr. 2 pochodzi z "Reduty Ordona" Adama Mickiewicza.


39     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : Żywoty nie-świętych - Imperator